41 – Michał Jaskólski czyli o aniołach, małych firmach, dużych firmach i muzyce.

W liceum odkrył internet i już w nim został. Budował pierwsze strony z ciekawości i miłości do muzyki. Tak stworzył stronę „Kultu” ale na tym się nie skończyło. Szybko założył pierwszą firmę, która zadebiutowała na giełdzie.

Bazuje na technologii, ceni UX design. Nie stroni od marketingu, jest znużony w biznesie. Obserwuje świat start-upów i ciągle patrzy w przyszłość.


Mojego gościa znajdziesz tu:

View this post on Instagram

#telaviv #beach #skyline #skyscrappers

A post shared by Michał Jaskólski (@jaskolski_pl) on

Hej, z tej strony Asia. To czterdziesty pierwszy odcinek podcastu „Pogaducha”. Jesteśmy w formacie „Kim zostanę jak dorosnę?”, więc mam gościa. Dzisiaj tym gościem jest Michał Jaskólski. Michał zajmuje się wieloma rzeczami, ma wiele zainteresowań m.in. jest to biznes. Od ’98 roku w biznesie siedzi i właśnie tym się zajmuje. Wystartował z kilkoma start-upami. Zajmuje się w nich strategią i marketingiem. Interesuje go również design głównie w kontekście UX i technologia. Te wszystkie biznesy łączy jedna rzecz – są osadzone w IT. Gdzieś to wszystko na technologii stoi. Jak do tego doszło, że tymi wszystkimi rzeczami Michał się zajmuje? Jak tworzyć takie biznesy? Usłyszycie dzisiaj wiele cennych wskazówek. O tym dzisiaj będziemy rozmawiać.

Dzień dobry, Michale.

Michał: Dzień dobry, Joanno.

Wymyśliłam coś takiego strasznie żenującego i teraz to powiem.

Ok

Czy bolało jak spadłeś z nieba?

Czasami boli do tej pory.

Ok, bo wiesz o co chodzi? Jest taki tekst na podryw i potem ty powinieneś powiedzieć: „Że co?”, a ja powinnam powiedzieć: „Bo chyba jesteś aniołem”.

Znam to, ale wybrałem inną odpowiedź.

To jest temat trochę dla mnie nie zrozumiały… Czym jest anioł biznesu?

Czym jest anioł biznesu? To jest ktoś kto nagle się pojawia, nie wiadomo skąd, i rozwiązuje problemy, które ma biznes, w postaci braku kapitału na start.

Ale w ogóle wymyśla sobie człowiek, że jak dorośnie to zostanie aniołem?

To bardziej jest tak, że na pewnym etapie trochę znowu chciałabyś poczuć się jak przy zakładaniu swojego biznesu, ale już niekoniecznie masz w sobie taką energię i pasję, żeby powtarzać to po raz pięćsetny. Bycie aniołem biznesu jest taką możliwością dzięki której możesz znowu trochę to poczuć. Inwestujesz czas, ale biznes rozkręca ktoś inny, a ty masz satysfakcje z tego, że jesteś komuś innemu w stanie pomóc.

A co z tego się ma poza tym, że tą satysfakcję z pomocy?

W polskiej rzeczywistości raczej głównie satysfakcję.

A w zagranicznych to wygląda w ten sposób, że ma się z tego potem jakieś olbrzymie pieniądze i jakoś tak to bardziej działa, czy jak to wygląda?

Ogólnie wracając jeszcze do polskiego rynku, znam chyba tylko dwie, trzy osoby, które są seryjnymi aniołami biznesu. Wiem, że to brzmi dziwnie. Te osoby w tej roli faktycznie odniosły sukces. Ja jestem aniołem jednorazowym jak na razie. O tym jeszcze powiem za jakiś czas, pewnie przy okazji kolejnych pytań. Natomiast jeżeli popatrzy się na ekosystem start-upowy w Stanach, to tam sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tam bardzo wiele osób, które pojawiły się w roli anioła biznesu w jakiś start-upach później zarobiły na tym miliony, czasami nawet miliardy dolarów w skrajnym przypadku.

Ale myślisz, że ten rynek idzie w Polsce w tą stronę, że to u nas też będzie możliwe? Będzie tak jak w amerykańskich programach telewizyjnych, że siedzi tych trzech aniołów biznesu na krześle i mówią: „W ciebie zainwestujemy”, „W ciebie nie”, „Tobie pomożemy” czy to raczej na razie nie jest jeszcze ten czas?

Wydaje mi się, że ten czas może nadejść za 5,10 lat w momencie gdy ludzie, którzy teraz rozkręcają swoje start-upy dojdą do momentu wyjścia (exitu) i będą szukać sposobów na to, żeby chociaż część funduszu zainwestować w jakieś nowe projekty. Natomiast jedna z różnic między Polską a Stanami, poza skalą oczywiście, polega na tym, że w Stanach aniołami biznesu są często pracownicy firm, którzy pojawili się w nich na początku drogi. Ci pracownicy są w stanie na tyle dużo zarobić na akcjach pracowniczych, które otrzymali, że też później stają się aniołami.

Dobra. To mamy po troszeczkę ruszony temat bycia aniołem biznesu, ale to nie jest jedyny rzecz, którą robisz. Tak jak wspomniałeś zajmujesz się tym teraz, potem jak już klika swoich biznesów ruszyłeś. Twoim takim najmłodszym projektem jest Morizon. Dobrze mówię?

Nie wiem czy najmłodszym, w sensie, to jest w ogóle skomplikowana historia. /morizon/ tudzież /moraizen/, bo zdania na temat wymowy są podzielone, powstał jeszcze w 2008 roku. Wtedy jednak nie byłem od początku zaangażowany w ten projekt operacyjny. Bardziej występowałem jako ten rodzic, tudzież inwestor, anioł lub co–founder. Pierwsze miesiące Morizona wyglądały tak, że znaleźliśmy super zarząd, który miał ten projekt poprowadzić. Udało się stworzyć mega fajny team IT, który tego Morizona w pierwszej wersji stworzył. Później zaś, tuż po premierze, nadszedł kryzys zarówno na rynkach finansowych, jak i nieruchomości. Projekt został zamrożony i bardzo mało brakowało, żeby umarł po prostu śmiercią naturalną. Na szczęście przeszedł przez okres zamrożenia i potem, jak warunki na rynku się poprawiły, dostał drugą szansę i myślę, że ją wykorzystał. Z kolei moje zaangażowanie takie day by day w Morizonie zaczęło się we wrześniu 2015 roku. Co niestety wiązało się z przeprowadzką z Gdyni do Warszawy.

Teraz tam codziennie robisz coś z rozwojem tego projektu?

Dokładnie tak, jest to praca operacyjna i właściwie każdego dnia, jest to coś kompletnie innego. To jest chyba to co mnie w tej pracy kręci. Też było tak, że w mojej poprzedniej firmie czyli w Nokaucie doszedłem do pozycji Prezesa Zarządu. Dochodząc do tej pozycji nie zajmowałem się już wszystkimi tymi rzeczami, które mnie kręciły w ogóle w tej branży, czyli rozwojem produktu, czy budowaniem teamu UX itd. Stwierdziłem, że żeby ponownie odzyskać radość z tego co robię jednak praca operacyjna, taka codzienna, rozwiązywanie łamigłówek, zagadek, współtworzenie strategii i przekonywanie do tego innych decydentów, to nie jest oczywiście coś co jest łatwe, ale daje sporo satysfakcji.

A jak to się w ogóle zaczyna? Czy tak jak powiedziałeś, że jeszcze na początku nie brałeś w tym udziału każdego dnia, tylko byłeś co–founderem/aniołem biznesu… Gdzie się znajdują te pomysły? W jaki sposób się trafia na ludzi, z którymi można to tworzyć? Czy to ty wymyślasz? Jak od pomysłu przechodzi się do tego, że firma zaczyna funkcjonować i już dobrze się kręci?

Za czasów powstania nokaut.pl czy Morizona było jeszcze tak, że dosyć częstym pomysłem było wychwycenie tego co działa na Zachodzie i zrobienie po prostu polskiego klona. Nie było to jakieś bardzo innowacyjne, przynajmniej jeżeli chodzi o sam koncept/pomysł. Wiadomo, że wymagało dostosowania do realiów rynku i czasami to dostosowywanie kończyło się dla tego typów projektów tragicznie, ale nie było potrzeby szukania czego takiego absolutnie innowacyjnego. Teraz sytuacja wygląda inaczej. Teraz jeśli jakiś koncept odnosi sukces to sam zwykle robi launch w kolejnych krajach. Nawet w krajach, które mają parę milionów mieszkańców. Dobrym przykładem jest Revolut. Nie powstał polski klon „Rewoluta”, tylko po prostu Revolut wszedł do Polski. Zrobił to bardzo szybko od momentu gdy się zaczął rozkręcać.

Ale to jest kwestia tego, że my mamy dostęp do rzeczy z zagranicy? O Revolucie słyszałam już dawno, gdy nie był jeszcze adresowany do Polaków, tylko po prostu chcąc jechać gdzieś zagranice i mieć dostęp do płatności w różnych walutach, to po prostu można było sobie ogarniać Revoluta. Nie było też sensu tworzyć polskiego odpowiednika.

No tak, dokładnie.

Tak to funkcjonuje. Dobra. Czyli to jest po prostu kwestia przeniesienia pomysłu? Nadal jednak nie wiem, kto decyduje, który pomysł zostanie przeniesiony i jak będzie finansowany.

Wiesz, żeby cokolwiek z tego wyszło musi się zgrać grupa ludzi, która ma do siebie zaufanie, ma też jakiś dostęp do kasy na start. Tyle. Przy czym tak też było kiedyś. Teraz, ze względu na to, że są już gotowe frameworki, w sensie prowadzenia, rozpoczynania biznesu, czy start-upu. Mamy dostępne technologie, za które płacisz za minuty użycia… Nie musisz kupować dziesiątek serwerów, żeby ruszyć z projektem, to na dobrą sprawę jeśli jesteś w stanie przeżyć od pierwszego do pierwszego w jakiś tam sposób, to „wystarczy” pomysł, koncept, samozaparcie i jakaś wiedza, jak zbudować to co chcesz zbudować.

Czy już teraz ten element posiadania własnego kapitału… Znaczy pieniędzy, bo kapitał trzeba mieć np. intelektualny. 

Na przykład.

Wypadałoby jakimś kapitałem dysonować.

Dobra, bo już ciągle wracasz do Nokautu to może cofnijmy się i pojedźmy od początku. Ja sobie śledziłam Twoje konto na LinkedIn, co tam masz napisane, więc chodziłeś do liceum w Gdyni, bo jesteś z Gdyni, tak jak ja aktualnie. Tam chodziłeś do „Trójki” i potem co?

Jeszcze za czasów „Trójki” wsiąkłem bardzo mocno w Internet. Było to możliwe dzięki temu, że moi rodzice, co prawda przeklinali wysokość rachunków za telefon, ale cały czas je płacili. Wciągnęło mnie tworzenie różnych projektów internetowych. Nie tylko takich zwykłych stron, ale takich bardziej zaawansowanych serwisów. Stwierdziłem, że pociągnę to dalej.

Liceum skończyłeś w ’98 roku. Czyli wcześniej już tworzyłeś jakieś strony internetowe, które nie były takimi prostymi, jedno planszowymi. Tak? Dobrze rozumiem?

Z Internetu tak na dobre zacząłem korzystać w marcu/kwietniu ’97, więc cholernie dawno temu. Jak już przeminęła faza fascynacji, że można mieć dostęp do wszystkiego i tyle w ogóle jest artykułów i tekstów do przeczytania itd. Oczywiście naturalną konsekwencją tego było to, że chciałem stworzyć coś własnego i nauczyć się jak to się robi. No to zacząłem się uczyć. Wtedy jeszcze były to czasy kiedy języki typu PHP dopiero się rodziły, więc kupiłem książkę o języku Perl. Zacząłem tworzyć jakieś pierwsze rzeczy właśnie w tym Perlu. Było też trochę rzeczy onlinowych, więc też je jakoś tam przetrawiłem. Zacząłem się rozglądać za jakimiś projektami do realizacji np. jednym z pierwszych projektów to była księgarnia internetowa dla takiego malutkiego wydawnictwa Adamantan z Warszawy. No i właśnie pamiętam, że na potrzeby tego projektu w Perlu napisałem księgarnię internetową, która nawet całkiem fajnie funkcjonowała, choć gdyby teraz zajrzał w kod to nie potrafiłbym kompletnie nic z tym kodem zrobić. W międzyczasie jeszcze z racji ówczesnych muzycznych fascynacji, bowiem byłem fanem Kazika Staszewskiego i zespołu Kult, stworzyłem amatorską, hobbistyczną stronę na temat twórczości Kazika i Kultu. Zauważył ją menager zespołu, skontaktował się ze mną i efektem tego było to, że zacząłem tworzyć oficjalny serwis Kultu wraz z forum dyskusyjnym, które było pierwszą taką aktywną społecznością internetową. Z osobami z tego forum mam właściwie styczność do tej pory.

A kto wtedy korzystał z Internetu i właściwie jak to wyglądało? Teraz gdy czegokolwiek chcemy się nauczyć to odpalamy sobie dobrze skonstruowany kurs, a wtedy kto miał dostęp do tego forum? Jacy to byli ludzie? Tacy bardzo zaangażowani w nowe technologie? Nie każdy wtedy mógł. Jak byś ich scharakteryzował?

Wiesz co, było kilka grup. Pierwsza grupa to na pewno studenci, którzy mieli dostęp do Internetu z racji tego, że studiowali. Wtedy też działały takie sieci wewnętrzne w akademikach, kto tam mieszkał miał właściwie nieograniczony dostęp do sieci. Byli też early arterzy, w szczególności gdy Telekomunikacja Polska wprowadziła „darmowy ” (bez dodatkowych opłat tj. poza impulsami) numer dostępowy 0202122. Wówczas dostęp do Internetu z zabójczą prędkością 28 kb/s kosztował bodajże 5 zł/h. Czyli załóżmy, jeżeli korzystałaś z Internetu, blokując przy okazji numer domowy rodziców przez 3 godziny dziennie, no to to przekładało się na konkretne rachunki telefoniczne.

Ale robiłeś to. Zacząłeś na tym zarabiać, na tym robieniu stron internetowych?

Szczerze mówiąc nie. Chyba jeden ze znanych marketerów polskich uznał, że nie powinnaś sama sprzedawać tego co daje ci frajdę, czyli załóżmy, jeżeli prowadzisz podcast i chcesz na nim zarabiać to powinnaś znaleźć kogoś kto będzie ci wyszukiwał reklamodawców, bo sama będziesz się bała rzucić jakaś kwotę z sufitu. Będziesz myśleć, że ten podcast to jest podcast. Nikt mi nie zapłaci 10 tysięcy za coś tam na przykład.

Czyli czekaj, bo tak ładnie powiedziałeś. Jest taka strona podpunkt.info i tam jak się zarejestrują podcasterzy to im się ogarnia całą kwestie sprzedaży, reklam i nawiązywania współpracy z agencjami. Przepraszam, ale zrobiłeś tak ładne podejście do tego, żebym sobie zrobiła product placement.

Myślę, że warto z takich okazji korzystać.

To jest faktycznie trudne. No dobra. To kiedy zaczęłoś robić coś takiego co już zaczęło przynosić pieniądze i nie było takim hobbistycznym robieniem stron internetowy? Pierwszy taki projekt, w który się zaangażowałeś.

Na dobrą sprawę to przez te pierwsze lata raczej byłem zasilany pasją i to mnie bardzo kręciło. Później był moment gdy bodajże od 2004 r. pracowałem w GetResponse, gdzie wszedłem jako chyba 10 osoba, a w momencie gdy odchodziłem z GetResponse by zacząć prace nad Nokautem to firma miała już bodajże 30 czy 40 osób. To dało mi z jednej strony jakąś stabilizacje finansową, bo już wtedy warunki w branży technologicznej, internetowej były zupełnie inne niż w pozostałych branżach. Też dało mi to bardzo cenne doświadczenia tego co robić albo czego nie robić w okresie gdy firma szybko rośnie.

Czym dokładnie zajmuje się GetResponse?

GetResponse zajmuje się wysyłaniem zautomatyzowanej korespondencji mailowej i od jakiegoś czasu również marketing automation.

A to może już podzielisz się ze słuchaczami tym czego nie warto robić?

Czego nie warto robić? Myślę, że tutaj kwestia kultury firmy jest bardzo istotna. W momencie gdy firma bardzo szybko rośnie to trzeba bardzo dużo uwagi by nad tą kulturą zapanować, żeby o to zadbać, żeby wszystko było jakby spójne. Tak by kultura nie była jakimś randomowym efektem osób, które się w tej firmie pojawiają.

Na jakim etapie? Na jakiej ilości osób? Jak to wyczuć? Ja mam problem taki problem z tymi szybko rosnącymi firmami, które widzę, że kiedy są 3,4 osoby na początku to możemy sobie pozwolić na dużo więcej. Możemy sobie opowiadać jakieś żarty i nie przejmować się tym czy są poprawne politycznie, w ogóle czy powinno się je mówić na głos. Możemy też tą ścieżkę przekazywania informacji sobie dowolnie kształtować. Wiadomo, raz coś komuś powiemy, raz napiszemy i to wszystko jest ok. Kiedy przychodzą nowe osoby zaczynają to samo kopiować co robią te osoby, które już tam były. Nie możemy doprowadzić do tego, że będziemy mieli 40 osób, które się tak zachowują. To który jest to moment? Od początku już jak się spotykamy w cztery osoby to już ustalamy jakieś zasady?

Wydaje mi się, że tak. Nawet gdy firma liczy kilka osób i wydaje się, że jakaś kultura organizacji i jakieś zasady – nie mówię tutaj o zasadach związanych z jakością dowcipów, ale bardziej o rzeczach fundamentalnych jak misja, wizja – o jest idealny moment, żeby o to zadbać, bo później, jeśli to nie zostanie na samym początku jasno zdefiniowane, nie ma już właściwie szans, żeby coś zmienić. Dobrym przykładem tego jak to robić jest chociaż firma Netguru, którą poznałem wtedy gdy składała się z trzech współzałożycieli. Teraz mają 300 – 400 osób, już nie liczę, tak szybko się rozwijają. Cały czas to takie sensowne, zdroworozsądkowe podejście założycieli widać po tym jak firma podchodzi do pracowników, jak się z nimi komunikuje, jak się komunikuje ze światem zewnętrznym itd.

Później jak się tego wszystkiego nauczyłeś to poszedłeś do Nokautu. A Nokaut to jest takie dzieło Twoje?

Z Nokautem było tak, że razem z Wojtkiem, moim byłym wspólnikiem, wpadliśmy na pomysł, żeby stworzyć własną firmę. Byliśmy przekonani, że to jest ten moment, że jesteśmy na to gotowi. Udało się nam pozyskać dofinansowanie od niemieckiego funduszu VC. To były jeszcze czasy, gdy wykładowcy na uczelniach opowiadając o funduszach VC dodawali, że w Polsce takich funduszy jeszcze nie ma. Jeden z wykładowców wspomniał o tym mojemu wspólnikowi gdy już dostaliśmy od tego funduszu dofinansowanie. Podzieliśmy się tak, że na barkach Wojtka były tematy związane z marketingiem, sprzedażą i wszystkie tematy administracyjne. Z kolei produkt i technologia to były tematy, które ogarniałem z moim kilkuosobowym (wtedy) zespołem.

Tam robiliście porównywarkę od podstaw?

Tak, tam robiliśmy porównywarkę od podstaw. Musieliśmy rozwiązać problem jajka i kury, czyli jak przekonać sklepy, żeby podzieliły się z nami bazą produktów w momencie gdy nie mieliśmy żadnej rozpoznawalności. Musieliśmy też znaleźć  sposób na oglądalność, gdy nie mieliśmy ofert sklepów. Jakoś ten problem udało się rozwiązać w dosyć sprytny sposób. Efekt tego był taki, że udało się dosyć szybko dojść do wymarzonego break even point, czyli momentu gdy firma zaczęła na siebie zarabiać.

A ile to zajęło od dostania tej dotacji do momentu gdy to zaczęło hulać?

Jeśli dobrze pamiętam to kilkanaście miesięcy, ale takie dolne „kilkanaście”.

Aha. A teraz też to się odbywa tak szybko? Wydaję mi się, że kilkanaście miesięcy to jest bardzo dobry wynik.

To zależy od rodzaju biznesu. Teraz taką rzeczą, która nie dla każdego jest zrozumiała, jest to, że w momencie gdy Twój biznes działa w modelu software as a service, czyli modelu gdzie masz koszt pozyskania klienta – płacisz za pozyskanie tego klienta w jednym momencie, a później na nim zarabiasz przez wiele lat. Jeśli wrzucisz ten model do excela i zaczniesz sobie wyliczać co się opłaca, a co się nie opłaca, to bardzo często wychodzi tak, że najlepszym rozwiązaniem, żeby firma rosła jest dokładanie do niej przez wiele lat, po to, żeby ta pula klientów rosła w możliwie szybki sposób. W długim terminie na każdym takim kliencie masz szanse zarobić. W ten sposób np. działa brand24, który nie ma potrzeby, żeby od razu generować jakieś super zyski. Z obliczeń, które sobie zrobili wyszło, że dużo bardziej opłaca się teraz zainwestować w pozyskiwanie klientów, a dzięki temu wydatkowi, który poniosą w tym roku np. przez wiele kolejnych lat będą mogli (prawdopodobnie) zbierać owoce tej inwestycji.

Faktycznie, bo oni nie mają wtedy żadnych kosztów utrzymania klienta czy użytkowania ich produktów.

Mają koszt związany z samym rozwojem produktu i tematami administracyjnymi, ale faktycznie z punktu widzenia takich kosztów zmiennych no to takich kosztów praktycznie nie ma, bo infrastruktura technologiczna jest w miarę tania w dzisiejszych czasach. Dużo, dużo tańsza niż było kiedyś. Kiedyś było tak, że jeżeli chciałaś jakiś serwis internetowy stworzyć to musiałaś płacić już za serwery. Każdy taki serwer to był wydatek kilku tysięcy miesięcznie razem z hostingiem tego serwera, więc już na start, zanim zaczęłaś zarabiać musiałaś po prostu zainwestować tą kasę.

Co z tym Nokautem dalej? Już trochę powiedziałeś, że w pewnym momencie przestało cię to trochę bawić.

Też, ale Nokaut w ogóle jest taką historią, w której stosunkowo mało brakowało do tego, żeby odnieść sukces definiowany tak jak w branży start-upowej. Typowa taka definicja sukcesu to jest taka, że masz jakiś swój pomysł i zderzasz go z rynkiem. Okazuję się, że twój pomysł oryginalny nie do końca był sensowny, ale dzięki temu zetknięciu z rynkiem wiesz już jakie są faktyczne problemy, które powinnaś rozwiązywać. Jeśli jest potrzebna jakaś kasa na start, no to ją ogarniasz np. od jakiegoś anioła biznesu. Zaczynasz tworzyć produkt lub usługę, która ma ten problem rozwiązywać. Powoli zaczynasz zarabiać. Zaczynasz zwiększać zespół. Firma się rozwija. To wszystko trwa. Trzeba pamiętać, że długość takiego cyklu to jest czasami 8, 10, 12 lat. Swoją drogą gdyby każdemu młodemu przedsiębiorcy, który chce otworzyć własny start-up ktoś dawał do podpisania taki dokument czy zgadza, się, żeby kolejny 8 albo 10 lat życia poświęcić na to, żeby większość czasu spędzać na rozwijaniu własnej firmy to podejrzewam, że liczba start-upów znacznie by się zmniejszyła.

Później, wracając jeszcze do definicji sukcesu, jest moment, żeby firma mogła rozwijać się jeszcze bardziej, wejść w nowe obszary, to potrzebuje albo kolejnej rundy finansowania albo wręcz powinna wejść na giełdę. Później dzięki pozyskanemu w ten sposób kapitałowi firma może się rozwijać jeszcze bardziej i nadchodzi upragniony moment exitu. Moment, gdy jakaś większa korporacja tą firmę wykupuje, a założyciele firmy, a często też pracownicy, mogą się zastanawiać nad tym za co zabrać się teraz.

W przypadku Nokautu historia sukcesu skończyła się na pozyskaniu kapitału z giełdy, a później przez różne okoliczności tych kolejnych celów nie udało się zrealizować. Gdyby patrzeć na to w kategorii sukcesu bądź porażki definiowanej w sposób start-upowy to Nokaut był porażką. Z drugiej jednak strony jeśli rzucić takim typowym banałem, że liczy się droga, a nie cel itd. to na prawdę bardzo wiele temu projektowi zawdzięczam i wydaje mi się, że to co było najważniejsze to ludzie poznani po drodze. To jest coś co dzisiaj procentuje. Chociażby dlatego, dla tej jednej rzeczy, warto było przez tą drogę ciernistą, ten roller coaster, po prostu przejść, przejechać się nim.

A ile lat to trwało dla ciebie?

Osiem, jakoś tak.

I po tych ośmiu latach jest ten moment kiedy masz doświadczenie, ale kończy się przygoda. Osiem lat to jest bardzo dużo czasu.

Zgadza się.

Startujesz z nowym projektem? Nie miałeś już dosyć po takim ośmioletnim roller coasterze? Może to nie ma sensu, może można sobie pracować spokojnie i nie zawracać głowy?

Myślałem trochę o tym, ale dostałem propozycję dołączenia do ekipy Morizona.

Właśnie w takim wymiarze operacyjnym. Szczególnie się nie zastanawiałem i pomyślałem: „Wchodzę w to”.

To znowu była ta sama przygoda? Znowu budowanie wszystkie od początku jest takie dosyć trudne i nieoczywiste? Czy da się zbudować firmę w łatwy i nieobciążający sposób? Względnie.

W przypadku Morizona sytuacja wyglądała trochę inaczej. Gdy się przeprowadziłem do Warszawy firma już funkcjonowała i to wiele lat. Też jest tak, że obecny Morizon jest połączeniem Morizona trójmiejskiego, tego którego byłem współzałożycielem, z warszawską firmą Melok, która ma jeszcze korzenie pod koniec lat 90. Firma do której dołączałem to od strony kulturowej była właśnie takim pomieszaniem tych dwóch bytów. Oczywiście było bardzo dużo rzeczy, które działały bardzo dobrze, przez wiele lat zostały dopracowane od strony procesów itd. – nie trzeba było pewnych rzeczy ogarniać od zera – ale były to rzeczy, które wymagały jakiegoś dzikiego przeformatowania, co jest szczególnie trudne, gdy masz organizacje, która pracuje już jakiś czas i jest przyzwyczajona do pewnego sposobu działania. Nagle wchodzi ktoś kto mówi, że teraz trzeba to zrobić zupełnie inaczej. To nie jest też proste.

Co jest taką twoją ulubioną rzeczą w tej robocie i robieniu tego wszystkiego?

Wydaję mi się, że sprawczość połączona z taką satysfakcją, że jeżeli coś zmienię, czasami dosłownie w kodzie źródłowym jakiegoś serwisu czy produktu, to później widzę jak tysiące czy miliony użytkowników z tego korzystają i to im w czymś tam pomaga np. w zakupach, czy w znalezieniu wymarzonego mieszkania, czy ogarnięciu jakiegoś kredytu hipotecznego na rozsądnych warunkach. Wydaje mi się, że to jest chyba taka największa satysfakcja.

Wtedy w jaki sposób masz informację w przypadku takiego serwisu właśnie do wynajmu nieruchomości? To są jakieś informacje z zewnątrz? To się patrzy na notowania firmy? Po czym się widzi czy to co się robi jest fajne?

W rozwijaniu produktu jedną z ciekawszych rzeczy jest to, że wszystko możesz zmierzyć i sprawdzić. Możesz zweryfikować kto konkretnie korzysta z nowej funkcji, którą Twój zespół stworzył. Możesz wręcz zobaczyć jak ten użytkownik korzysta z tej funkcji, korzystając z rozwiązań zapisywania sesji użytkownika. Zapisywania jego działań, tak jakbyś to oglądała na filmie. Możesz przeprowadzić badanie z użytkownikami prowadząc je samemu albo prowadząc zza lustra i dowiedzieć się jak użytkownik zachowuje się w kontakcie z twoim produktem. Często to są takie zaskakujące informacje zwrotne. Tak wydaje mi się, że to jest to co w tym jest najciekawsze.

Zastanawiam się, jeżeli już jesteśmy współzałożycielami firmy, ta firma wejdzie na giełdę i się powodzi. Przychodzi taki moment, że nie musimy tak aktywnie brać udziału w tworzeniu tej firmy, bo to jest chyba ten moment, na który wiele osób liczy. Coś im się uda, coś zbudują i już nie będą musieli. Czy to nie jest tak?

Jest spora różnica między „musieniem” a „chceniem”. To jest pierwsza rzecz. Wydaję mi się, że jeżeli teraz bym stwierdził, że mam dość branży nieruchomości, robię sobie urlop i potem zastanowię się co dalej, to firma funkcjonowałaby dalej. To jest taki cel, który kiedyś chciałem zrealizować, to mi się udało. Z kolejnej strony jest tak, że gdy jesteś współzałożycielem jakiegoś bytu to zależy ci na tym, żeby ten byt się rozwijał, żeby produkt, który kiedyś tworzyłaś cały czas spełniał oczekiwania użytkowników i pomagał im w rzeczach. To jest taka rzecz, która dla mnie osobiście jest ważna. Z kolei, jeśli obserwuję ludzi takich bardziej o żyłce biznesmena niż produktowca, to ich kręci to, że wyniki firmy jakkolwiek by nie były liczone to jest coś w rodzaju wyniku w grze komputerowej, czyli teoretycznie mogli by przestać grać. Tylko ten wynik cały czas rośnie, więc oni cały czas grają.

W ten sposób. Planujesz coś zmieniać? Coś kombinujesz? Czy tak długo jak jesteś w stanie to rozwijać i sprawiać, że będzie to coraz lepsze to tak długo cię to bawi? 

Myślę, że to drugie. Szczególnie, że w tej chwili właściwie spółka – matka Morizona, czyli MZN Property, jest teraz na etapie gdy uruchamia nowe biznesy i zależy mi na tym, by wykorzystać to moje doświadczenie zdobyte przez naście poprzednich lat, by zwiększyć po prostu prawdopodobieństwo, że te biznesy odniosą taki sukces na jaki liczymy.

Cały czas używasz w swojej pracy tych takich podstawowych umiejętności, nie tego programu, w którym pisałeś stronę księgarni, ale generalnie grzebiesz fizycznie w kodzie i tym się zajmujesz?

W kodzie już od jakiegoś czasu, od paru lat nie. Chociaż czasami zdarzy mi się zrobić jakieś szybkie poprawki. Technicznie mam taką możliwość. Ostatnio z resztą wykorzystywałem je przy okazji projektu, nad którym teraz pracujemy, czyli takiego eksperta hipotecznego online. Bardziej to jest kwestia wyłapywania i rozwiązywania różnych problemów, które się po drodze pojawiają. Chyba to jest taki główny skill. To jest faktycznie praca operacyjna. Nie jest tak, że raz w tygodniu usłyszę, że projekt idzie dobrze, kiwam głową i mówię: „No to super”, tylko się wgłębiam czasami bardzo wewnątrz warstw czy to oprogramowania, czy to produktu, czy to biznesu, czy też ostatnio sprzedaży, tak by wyłapać pewne rzeczy i wspólnie z zespołem je w najlepszy sposób rozwiązać.

Czyli teraz się zajmujesz sprzedażą, biznesem, tymi wszystkimi rzeczami dookoła, ale cały czas jesteś na bieżąco z tym. Jak to ogarniasz? Nie pracujesz, tak jak mówisz, od kliku lat, już nie piszesz tego, ale cały czas wiesz gdzie są błędy.

Wiesz co, jest tak, że cały czas staram się być na bieżąco jeżeli chodzi o różne technologie, podejścia, czy inne rzeczy, na zasadzie zrozumienia konceptu i idei. To mi wystarcza do tego, żeby spróbować wyłapać w jaką stronę pójść, kogo o co zapytać albo na co kogoś nakierować, żeby ktoś był w stanie jakiś ten błąd czy problem, czy cokolwiek innego rozwiązać.

A o co chodzi z przyszłością? Ja Cię znam z Internetu i z tego, że wrzucasz interesujące linki. Potem się dowiedziałam, że robisz inne rzeczy. To jest tak, że ja śledziłam twojego Facebooka, ponieważ interesujące rzeczy się pojawiały, a potem komuś opowiadałam co przeczytałam i mówiłam, że u ciebie na wallu to znalazłam. A on mi mówi: „O, Jaskólski to ja znam. Bo to jest od Morizona”, a potem znowu opowiadałam to komuś innemu, a on mówi: „O, Jaskólski, to ja znam, bo to od Nokautu”. W ten sposób się dowiedziałam, że robiłeś sporo dziwnych rzeczy w swoim życiu, ale jakby punktem wyjścia było to, że linkujesz do różnych artykułów, ale też dużo piszesz na temat przyszłości. To cię jakoś kręci?

Głównie jest tak, że zawsze kręciły mnie takie rzeczy na styku nauki, przyszłości, psychologii itd. Być może to wynika z tego, że z jakiś powodów jestem ciekawy świata i próbuję go zrozumieć. Oczywiście to jest taka misja, która nigdy się nie zakończy pełnym sukcesem, ale przynajmniej właśnie próbuję. Jeszcze przed czasami Internetu było tak, że spędzałem popołudnia i wieczory w bibliotece naukowej. Po kolei czytając takie wszystkie rzeczy, które mnie tak zafascynowały, a potem jak się pojawił Internet… No to wiadomo, że to ta sama pasja znalazła swoje ujście w sięganiu po artykuły, teksty, książki. Jakiś czas temu stwierdziłem, że warto stworzyć na Facebooku jakiś taki osoby byt, w ramach, którego będę wrzucać różne rzeczy – teksty, filmy, związane z tym, że, jak z resztą ten fanpage się nazywa, „żyjemy w przyszłości”. W momencie gdy zacząłem wrzucać tam kolejne rzeczy, które wyskoczyły mi na wallu, głównie dlatego, że mój wall jest dobrze przez te ostatnie parę lat wyćwiczony w wynajdowaniu takich rzeczy. To właśnie doszedłem do wniosku, że nasza rzeczywistość staje się coraz bardziej dystopijna i przerażająca. Natomiast siebie widzę jako kogoś kto stoi w rogu, zajada się popcornem i obserwuje w jaką stronę to wszystko zmierza. Taką mniej więcej role spełnia fanpage „żyjemy w przyszłości”.

Ale… Tak? Przeraża cię to? Przyszłość? Zajmujesz się nowymi technologiami, wprowadzasz jakieś innowacje, które mają ułatwiać życie w przyszłości za pomocą Internetu. Cały czas jesteś gdzieś tam krok do przodu, a to cię przeraża, to co jest tam prognozowane?

Oczywiście, trochę mnie przeraża. W prawdzie to, że mnie to przeraża, nie zmienia tego, że mam do tego spory dystans. W sensie, nie jest tak, że budzę się w środku nocy i zastanawiam się do czego nas doprowadzą algorytmy treści używane na Facebooku, ale wystarczy zacząć o tym myśleć i wejść trochę pod kilka tych wierzchnich warstw, a jednocześnie mieć świadomość jak to od strony technologicznej i psychologicznej pewne rzeczy wpływają na ludzi, żeby faktycznie pojawiły sie pewne uczucia przerażenia.

Ciekawe. Chciałam jeszcze wykorzystać to, że w końcu udało nam się spotkać i ponagrywać. Gdybyś mógł jeszcze powiedzieć kilka słów na temat start-upów, bo się na tym znasz i dużo wiesz. Co robić jeśli np. mamy jakiś pomysł i chcemy założyć jakiś start-up, kiedy jesteśmy start-upem, jak możemy szukać finansowania i jakiś rozwiązań? Co robić jak już zaczęliśmy z pomysłem; wiemy jak go zrealizować, brakuje nam tylko kilku rzeczy, głównie pieniędzy?

Po pierwsze, trzeba zderzyć pomysł z rynkiem, nie bojąc się tego, że ktoś ten pomysł ukradnie, czy zrobi coś takiego samemu. Zdecydowanie większość pomysłów tego zderzenia z rynkiem nie przeżywa, ale to jest akurat dobrze. Jeśli kogoś jakaś branża zainteresuje to bardzo często po tym zetknięciu z rynkiem ta branżą ma inne problemy, które start-up może rozwiązać. To jest taka pierwsza rzecz. Druga jest taka, że na dobrą sprawę, co już z resztą wspominałem, w dzisiejszych czasach ten kapitał nie jest aż tak absolutnie potrzebny tj. można na prawdę wiele rzeczy zrobić zaczynając np. po godzinach, w weekend, znajdując sobie jakiegoś wspólnika, co–fuondera i po prostu wspólnie coś działać wykorzystując wolny czas. W tej chwili też jest sporo programów tak zwanych preakceleracyjnych, czyli tego typu programów, które działają w następujący sposób: zapisujesz się i możesz mieć tylko pomysł (nie musisz mieć niczego konkretnego), przez kilka miesięcy pracujesz z mentorami (osobami, które założyły własne start-upy), ze specjalistami od określonych rzeczy typu PR, prawo itd. Dzięki temu możesz zamienić pomysł już na coś konkretnego, a na końcu tej drogi często czeka też jakieś dofinansowanie na start. Jednym z tego typu programów jest warszawski Reaktor X prowadzony m.in. przez Borysa Musielaka. To jest taki program, przez który przewinęło się kilkadziesiąt start-upów, cześć z nich poznałem, bo wspieram program jako mentor. Dla osób, które dopiero startują wydaje się, że to jest mega dobra opcja, żeby w takim programie wziąć udział.

W Gdańsku jest Kickstarter.

Dokładnie.

Dużo osób, które brały tam udział właśnie mówi, że bardzo im pomogło to, że mieli zajęcia z finansów, ekonomii albo z prawa, bo oni często mają pomysł na technologiczne rozwiązania, a zupełnie nie zdają sobie sprawy jakie podatki płaci się w Polsce. To jest dla mnie zawsze zabawne, ale znowu ja nie mam żadnych technologicznych pomysłów. Za to wiem jakie się płaci podatki, więc może to się uzupełnia.

Dobra, myślę, że powiedziałeś dużo interesujących rzeczy i będzie można się dużo nauczyć, więc nie będziemy tej rozmowy przedłużać tylko pozwolimy teraz słuchaczom sobie przemyśleć to, bo było dużo treści. Fajne jest to, że mówisz, żeby się nie bać z tymi pomysłami i pokazać je światu, bo to jest chyba taki problem, która dużo osób ma i zawsze mi mówi:„ Mam taki pomysł, ale ci nie powiem”, no to jak mogę ci pomóc? Dlaczego miałaby ci kraść ten pomysł? Mam wystarczająco dużo własnych pomysłów, których nie realizuję, żeby jeszcze mieć cudze nie zrealizowane. Dobra, dziękuję.

Dziękuje również.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *